26 sie 2013

Polubić poniedziałki, czyli Drrim dyskutuje: Współprace recenzenckie

Polubić poniedziałki, czyli Drrim dyskutuje - cykl cotygodniowych dyskusji, które mają na celu poznanie opinii innych na przedstawiony temat.
Nie przeklinamy, wypowiadamy się na dany temat, szanujemy innych uczestników dyskusji.
Jasne? No to zaczynamy.



Współprace recenzenckie

Współprace recenzenckie to temat wałkowany już wielokrotnie. Czy to na blogach, czy na różnych portalach związanych z literaturą i recenzjami. Cóż, dziś ten temat poruszę po raz kolejny, bo pomysły na kolejne kąciki dyskusyjne powoli mi się kończą. 

Od czego by tu zacząć... 
Współpraca recenzencka powinna być dla blogera nagrodą. Nagrodą za dobrze wykonywaną pracę, za dobre recenzje, za to, że rozwija swoją pasję, za to, że kocha książki. Tymczasem jest inaczej. (nie chcę nikogo obrażać, więc niech nikt nie bierze tych słów do siebie, bo piszę o ogóle) Pierwszy lepszy bloger po miesiącu czy dwóch blogowania, mający na swoim koncie kilka recenzji, pisze do kilkunastu wydawnictwa z zapytaniem o współpracę, bo przecież darmowe książki dają! Darmowe tyle, o ile. Moim zdaniem te książki takie całkiem darmowe nie są. Bo przecież musimy poświęcić swój czas na ich przeczytanie, potem piszemy ich recenzje, wkładamy w to wysiłek! Co z tego, że intelektualny? Czy to mniej znaczy?  
Wydaje mi się, że "świeży" recenzent, który po kilku tygodniach swojej "kariery" w blogosferze pisze do kilku wydawnictwa na raz z nadzieją na kilka darmowych egzemplarzy, tak naprawdę porywa się z motyką na Słońce. No taka jest prawda. Bo jaka jest pewność, że ten bloger niedługo nie zamknie swojego bloga? Nie znudzi się? Jasne, jeśli to jest czyjaś pasja to co innego, ale i tak wydaje mi się, że należy sprawdzić samego siebie. Czy się podoła? Zacznijmy może od narzucenia sobie pewnych zasad. Regularne recenzje, jakiś limit książek na tydzień/ miesiąc. Bo przecież decydując się na współpracę, będziemy mieli narzucone terminy w jakich recenzja powinna się ukazać, tak? I mimo iż nie są one tak bardzo restrykcyjne, to jakaś odpowiedzialność na nas spada, prawda?
A co mają sobie myśleć wydawnictwa, czy nawet inni blogerzy, o osobie, która nie potrafi dotrzymać danego słowa? Pewnie chciał/chciała tylko darmowych książek i nie pomyślała o obowiązkach, jakie się z tym wiążą. 

Mam więc dla "świeżych" blogerów dobrą radę. Zanim zdecydujecie się na jakąkolwiek współpracę zastanówcie się czy macie na to czas i ochotę, ale tak naprawdę. Niech to nie będzie impuls, który Was do czegoś zobowiąże, a Wy nie dacie potem rady, bo to ma być przyjemność i nagroda, a nie przykry obowiązek. 

Zapraszam do dyskusji! 

23 sie 2013

Bez mojej zgody - Jodi Picoult

Tytuł: Bez mojej zgody
Autor: Jodi Picoult
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Ilość stron: 463
Ocena: 6!/6
Jodi Picoult to autorka, która w swoich książkach porusza tematy trudne. Od molestowania seksualnego, aż po kwestie decydowania o czyimś życiu czy śmierci. I za to te autorkę sobie cenię - porusza poważne kwestie w sposób, jakby rozmowa o nich była na porządku dziennym dla każdego z nas.
A co znajdziemy w tej książce?

Anna jest zdrową trzynastolatką, która ma dwójkę rodzeństwa. Starszy brat to zbuntowany nastolatek, a siostra to chora na ostrą białaczkę promielocytową szesnastolatka. Kiedy do Anny dociera, że została poczęta jedynie po to, żeby ratować życie Kate pragnie wziąć życie w swoje ręce i sama decydować o swoim ciele. Tylko czy jest to warte ceny, jaką przyjdzie jej zapłacić?

Mam już kilka książek Jodi Picoult za sobą, jednak o tej mogę powiedzieć, iż jest najlepszą, jaką do tej pory czytałam!
Czytałam wiele pozytywnych recenzji na temat Bez mojej zgody, ale to co przeżyłam przy tej lekturze nie może się z nimi równać. Nie spodziewałam się czegoś takiego - bardzo rzadko płaczę przy książkach, a tutaj się poddałam. Nie spodziewałam się takiej... emocjonalnej bomby. Wiedziałam, że autorka w tej książce podjęła się bardzo trudnego tematu, ale wybrnęła z tej sytuacji po prostu po mistrzowsku! W recenzjach innych książek Jodi Picoult pisałam, że mimo trudności związanych z podjęciem tych trudnych kwestii, radzi ona sobie z nimi doskonale. Kolejnym tego przykładem jest właśnie ta pozycja. Jest tutaj mowa o medycynie, ale nie mamy do czynienia z typowym medycznym żargonem. A nawet jeśli coś takiego się zdarzy, to zaraz mamy wszystko wytłumaczone w przystępny dla laika sposób.

W Bez mojej zgody dzieje się naprawdę dużo. Mimo że akcja nie gna na łeb, na szyję, to nie mamy czasu na znużenie. Po prostu akcja cały czas nas interesuje. Czytanie urozmaica również fakt, iż każdy rozdział jest prowadzony przez innego bohatera. Owszem, fabuła skupia się głównie na Annie i chorobie jej siostry, jednak są wątki poboczne, które pozwalają nam lepiej poznać np. adwokata głównej bohaterki. Może nam się to wydawać niepotrzebne. Bo po co nam informacje i nic nieznaczącej postaci? Otóż nie jest ona tak całkiem nic nieznacząca. Campbell Alexander będzie miał dużo wpływ na to co dzieje się w książce. Będzie to szczególnie widoczne w zakończeniu. A właśnie, jakie ono jest? Happy end? A może bezlitosna trzynastolatka pozwoli umrzeć swojej siostrze? Cóż, powiem Wam, że mnie koniec książki zaskoczył. Bardzo, bardzo, bardzo zaskoczył. Takiego rozwoju wydarzeń naprawdę się nie spodziewałam. Trudno nazwać to szczęśliwym zakończeniem. Właśnie ta część wywarła na mnie największe wrażenie. Miałam potem "kaca" książkowego, która w jakimś stopniu trwa do dziś. Po prostu nie mogłam się z tym pogodzić. Siedziałam, płakałam i patrzyłam tępo w ścianę chcąc napisać drugie, inne, lepsze zakończenie dla tej powieści.

Niech żałuje ten, kto tej książki jeszcze nie przeczytał. Jest jeszcze film, ale najpierw zapoznajcie się z papierową wersją, bo naprawdę warto. Uważam, że jeśli ktoś tej książki nie przeczyta, to straci coś naprawdę ważnego i znaczącego.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...